Polańczyk 2009 - Relacja "Bobo1959"
Dodane przez artur :: Wrzesień 23 2009 - 08:18:08
No i stało się …. ostatni w tym sezonie maraton za nami. Ale po kolei . Jest piątek 18 września 6 rano. Trzy samochody z załadowane rowerami i plecakami gotowe do wyjazdu do Polańczyka. Kilka uzgodnień i heja do przodu, kierunek Bieszczady. Już na sam początek mała niespodzianka. Z dachu Forda jedno koło rowerowe pojechało samo do przodu !!!! Tak, tak , pojechało. To nie żart. Na dodatek połamało jeden z widelców przednich i musiano się wrócić do Leszna aby dokonać małej zamianki. Dalej droga już szła bez przeszkód....
Rozszerzona treść
No i stało się …. ostatni w tym sezonie maraton za nami. Ale po kolei . Jest piątek 18 września 6 rano. Trzy samochody z załadowane rowerami i plecakami gotowe do wyjazdu do Polańczyka. Kilka uzgodnień i heja do przodu, kierunek Bieszczady. Już na sam początek mała niespodzianka. Z dachu Forda jedno koło rowerowe pojechało samo do przodu !!!! Tak, tak , pojechało. To nie żart. Na dodatek połamało jeden z widelców przednich i musiano się wrócić do Leszna aby dokonać małej zamianki. Dalej droga już szła bez przeszkód. Mały postój na obiadek, a w Łagiewnikach krótko aby zwiedzić Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Dla rozgrzewki kilku z nas n a piechotkę poszło na wierzę, która ma tylko 76 metrów wysokości. Warto było, bo widoki były przepiękne. Sama Bazylika też robi wrażenie.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Polańczyka. Jakie widoki !!! Szok !!! W biurze zawodów pobrane numery startowe i „czipy”. No i też trzeba przecież rowerki przygotować na sobotnie ściganie się. Wszyscy sprawdzają ustawienia każdą śrubkę po kilka razy, co by na trasie nie było niespodzianki. Zakwaterowanie w domkach przy gospodarstwie agroturystycznym.
Sobota rano na start. Piersi z nas już kilka minut po ósmej wystartowali. Tak stopniowo cała ekipa 13-osobowa pojechała na trasę. Wszyscy rzecz jasna z bojowym nastawieniem. Już pierwszy kilometr daje popalić. Cały czas pod górkę. Potem zjazd i ostro w prawo. No i masz. Pierwsza górka to był „pikuś”. Droga ostro pod górkę i dopiero łańcuch na koronce 25 daje poczucie komfortu i wejdzie się jakoś do góry. Jaka ulga, że znowu z górki. W tym momencie naszła mnie refleksja, że przecież chyba tak będzie już do samego końca. „Polańczyk” przecież jest z cyklu maratonów górskich i rzeczą normalną będą zjazdy i podjazdy. Tylko dlaczego te podjazdy takie sztywne jakieś !!!! Za to nawierzchnia rekompensuje wszelki wysiłek. Takie „asfalty” to pozazdrościć tylko. Jedzie się jak po dywanie. Można zatem na zjazdach poszaleć. A co tam pod 70 – tkę dochodziło miejscami, a niektórzy to na mecie nawet zauważyli, że było bliżej 80-tki. Nie było zatem czasu widoków podziwiać. Tak do bufetu. Ciekawie był PŻ umieszczony. Trzeba było lekko zjechać z trasy i wjechać na malutki parking w lesie. Na punkcie pomiarowym „pikło:, to znak, że odbił międzyczas. No i tak powoli coraz bliżej mety. Chyba gdzieś w okolicy miejscowości Bukowiec „ładna” ciekawostka. Na wjeździe do niej widać jak inni się wspinają pod górkę, tylko dlaczego to tak wysoko !!!! Trzeba być twardym nie „miętkim”, zacisnąć zęby i do przodu. Licznik prawie 70-ty kilometr wskazuje a przed oczyma taki fajny znak, który pokazuje samochód jadący z góry. Ulga dla człowieka jak się to widzi. Jednak za dużo szczęścia naraz nie jest pisana. Ten inny znak, gdzie samochód jedzie pod górkę i tabliczka z napisem „9%” jakoś daje do myślenia. Miękkie przełożenie i nic innego nie pozostało jak zacisnąć zęby i do przodu. Jest meta!!!!! Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na planecie !!!!! Gdy jeszcze zobaczyłem z lekka zjechanych kolegów, to zrozumiałem, że nie tylko mnie było ciężko. Małe jedzonko, bigos i kotlet z kurczaka i na to napój izotoniczny, postawiły szybko człowieka na nogi.
Brawo !!! dla organizatorów za przygotowanie trasy i jej oznakowanie. Nie było możliwości pobłądzić. Do tego jeszcze, jak już pisałem, nawierzchnie asfaltowe jak „ta lala” , rekompensują wszelki wysiłek. Chciało by się po zaraz wsiadać na rower i dalej jechać. No, ale trzeba wracać do domu. W sobotę wieczorem wręczanie pucharów, które z powodów technicznych częściowo przeniesiono na niedzielę rano. Niektórzy z nas przecież odbierali puchary, ale o tym niech się sami pochwalą.
Warto też wspomnieć, że „pyrlandia „ było reprezentowano mocno. Byliśmy nie tylko my z Leszna i okolic, ale też byli koledzy z Gostynia, Ostrowa i Koźmina. Wszyscy zauroczeni Bieszczadami. Pozdrawienia dla wszystkich maratończyków, uczestników maratonu w Polańczyku i mam nadzieję, że zobaczymy się znów za rok.
bobo1959 -